Parę lat temu pojechałyśmy sobie w teren, ja i moja koleżanka- instruktorka konnej jazdy. Było to pod koniec kwietnia i był ciepły słoneczny dzień. Pojechałyśmy do Pasiek przez Siwą Dolinę- piękne miejsce,znakomicie sprzyjające galopadzie. Drogę powrotną wybrałyśmy przez pola. Właśnie galopowałyśmy sobie spokojnie miedzą,kiedy nagle moja Serenka nagle potknęła się,a ja szerokim łukiem przeleciałam pomiędzy jej uszami i grzmotnęłam plecami w zoraną glebę. Jako,że nie wypuściłam z rąk wodzy,klacz, cofając się przeciągnęła mnie po ziemi przez parę metrów,a potem uwolniła się i pogoniła za koniem mojej koleżanki. Koleżanka złapała Serenkę i wróciła do mnie leżącej w szczerym polu.
"Wstawaj- powiedziała- nic ci nie jest?"
Wyglądało na to,że nic, do momentu,kiedy chciałam wstać. Nie udało się. Rozdzierający ból po prawej stronie uda. Zostałam więc na polu,a koleżanka zebrała konie i popędziła do Pasiek zadzwonić po pogotowie.Ułożona na lewym boku czekałam tak sobie nie wiem jak długo,aż wreszcie na horyzoncie ujrzałam sylwetki dwóch jeźdźców...a karetki ani śladu. Jak konie podeszły bliżej,to okazało się, ze na Serence siedział nasz kumpel lekarz, dyżurujący tego dnia na Erce. Karetka nie mogła przejechać,czekała więc w Pasiekach w odległości ok. 2 km. Kumpel zbadał mnie i wezwał przez telefon sanitariuszy z noszami. Nieśli mnie tak przez te 2 km. a ja widziałam niebo i uciekające chmury.Potem przychodnia,prześwietlenie i pełne lęku oczekiwanie na diagnozę. Diagnoza brzmiała: Naderwanie części krętarza większego prawej kości udowej. Po trzech dniach wyszłam ze szpitala na własnych nogach,a na pamiątkę szczęśliwego zakończenia tej historii ułożyłam fraszkę:
Muzo konna łaskawa, wielkie Tobie dzięki,
Że tylko d... zbiłam, spadając z Serenki.
